15 maja 2015

Wiosna kucykowym okiem ze słodkim akcentem.

Wiosna nas nie rozpieszcza, a może odwrotnie? "Przepieszcza"... zwalając na głowę wszystkie możliwe prace na przedwczoraj...
Warzywniki powoli puchną od upchniętych na nich nasion i rozsad, lada chwila szklarnia zapełni się egzotycznymi odmianami pomidorów,melonów,carosello i ogórków,trawy sygnalizują bardzo wczesne sianokosy, a pleniące się wszędzie pokrzywy drwią z mojego braku czasu sugerując, że powinnam podpisać z Herbapolem umowę na dostawę suszu z pokrzywy zamiast dowolnych upraw.
Candela złożyła dziś na moje ręce zażalenie. Duże kuce pasą się wraz z końmi na łąkach, a mini-mini ma do dyspozycji cały ogród pełen soczystych mieszanek traw i ziół. Cóż może być przyjemniejszego od życia kucyka, któremu nikt nie pakuje na grzbiet mniej lub bardziej rozkrzyczanych dzieci, nie zaprzęga do niczego,nawet nie rozmnaża? Ktoś by powiedział że normalnie "high life" ;) A czy ty radosny człowieczku pomyślałeś jaka to ciężka praca wystrzyc taki wielki teren zębami?!! No to może sam cwaniaku spróbujesz?...
No i tyle sobie pogadałyśmy....
W efekcie tego dialogu padł pomysł żeby może jednak dziewczyna jakiegoś dzieciaka sobie miała a z czasem pomocnika w tej trudnej i precyzyjnej pracy kosiarki ekologicznej. Tylko szybko musimy wyszukać równie mini kawalera ;)


W kolekcji kaktusowej jeszcze sennie i wielkie oczekiwanie na przesadzanie, za to w hojach ruch,pąki, przyrosty.
Zadebiutowała u mnie juannguoiana. Liście ma mięsiste,średniej wielkości, młode ciemne z lekkim splash, z wiekiem jaśnieją pozostawiając na sobie tylko kropeczki ciemnej zieleni. Piękna i nie grymasząca roślina.


Kwiaty okazały się całkiem ładne- może niespecjalnie duże, ale koszyczek na tyle spory by były wyraźnie widoczne, ładnie zabarwione i zaskakująco pięknie pachnące. Świeżo, cytrusowo, mocno..... Do tej pory wiosenne pąki opadały mi ścięte upałem szklarni, więc tym bardziej cieszę się, że wreszcie donosiła.

Dzięki kampanii Streetcom-u testowałam nowe soki Fortuna Karotka Plus  #sokfortuna ze składnikami funkcjonalnymi pomagającymi nam żyć zdrowo,utrzymywać prawidłową wagę, dobrą kondycję skóry i odtruwać organizm z toksyn- lnem, zieloną herbatą, aloesem, błonnikiem i wit ACE a bez dodatku cukru.
Do bazy marchew+jabłko dodano smaki maliny,bananów,mango,brzoskwini. Soki okazały się wyjątkowo dobrze skomponowane smakowo, przypominają gęsty koktajl w którym nie dominuje żadna nuta smakowa owocu czy warzywa, nie czuć "starej marchwi" czy "sztucznej maliny" a dodatki funkcjonalne nadają im zaskakująco inny posmak.
 Są autentycznie pyszne, nadają się na lekkie drugie śniadanie czy podwieczorek i mają przystępną cenę przy zachowaniu wysokiej jakości.

Ponieważ nie znoszę produktów z dodatkiem bananów (choć paradoksalnie lubię sam owoc) 1 sok bananowy postanowiłam przerobić na ciasto. Dodam, że obiektywnie na pewno jest on smaczny (byłam w stanie wypić szklankę, więc ktoś lubiący to połączenie smaków na pewno się nim zachwyci).

            Powstała więc taka szybka serowa karotella na zimno z bananami. W sam raz na lato :)

 
Na dno wyłożonej papierem blaszki ułożyłam biszkopciki-paluszki.
Dobry, mielony serek  z naturalna wanilią (1kg) zmiksowałam ze szklanką cukru pudru i 2 szklankami soku Fortuna Karotka Plus marchew/jabłko/banan/wit ACE.
W małej ilości gorącej wody rozpuściłam ok 80g żelatyny, przestudzoną dodałam do masy serowej,wkroiłam w nią 5 bananów i kiedy zaczęła lekko tężeć wyłożyłam na biszkopty. Kilka godzin chłodzenia w lodówce dało w efekcie nie za słodki, ciekawy w smaku deser, który można ozdobić bitą śmietaną, czy warstwą owoców na górze zalanych galaretką, ale ja uznałam, że dość tych kalorii ;)
Polecam- takie różowe"ptasie mleczko" powinno też smakować dzieciakom a robi się błyskawicznie.
 
 

Życzę wszystkim miłego weekendu! :)

28 marca 2015

Wiosna w pełni

H.lasiantha
 
Wiosna nadeszła, wszystkie rośliny obudziły się więc bloga tez czas obudzić z zimowego letargu :)
 
Dzisiaj mała fotorelacja wybrana spośród mnóstwa nowych przyrostów i pączków.
Hoje zakończyły zimowe grymaszenie, tracenie korzeni i złośliwe marszczenie liści.Wystrzeliły pędami kłębiącymi się pod sufitem szklarenki, przebijają folię bąbelkową,kłębia się w splotach tak skomplikowanych, że niejeden żeglarz miałby problem je rozsupłać bez szkody. Ja na samą myśl o wynoszeniu ich na letnisko mam dreszcze ;) Ale ciężko ich nie mieć, kiedy nagle obovata zaczyna :"rosnąć" macgillivrayi, choć ta wydawało się, że jest oddalona o dobry metr i kilkanaście doniczek dalej... albo na drabinę wchodzi przebojem rigida, a jej korzenie są dokładnie po drugiej stronie szklarni i za całym tłumem roślin...
 
 


                                                                                 Vanda Kulvadee Black
                                                                                                       
                        Powoli zaczynam robić porządki wiosenne w foliaku, wyjątkowo wcześnie w tym roku poszły na letnisko kaktusy, a w ten weekend dołączą do nich agawy i niektóre sukulenty. Zima nas oszczędziła, ale rośliny wcale nie zniosły jej lepiej niż te mrożne, a raczej odwrotnie. Wiele zielenin odeszło do Krainy Wiecznych Kwitnień. Ale jak to wiosną, staramy się odrobić zimowe straty, a chęć do życia pozostałych budzi kolejne roślinne "chciejstwa".

                                                                                          H.obovata splash

                                                                                      H.sp.Chicken Farm

Wiosenne porządki nieuchronnie wiążą się też z przesadzaniem, przycinaniem i czasami nie planowanym ułamaniem się czegoś, więc lista sadzonek hoi będących nadwyżką do pozbycia się rośnie cały czas tworząc pokażną kolumnę ;)

                                                                             H.caudata (big green leaves)

Wczesna wiosna chyba podoba się hojom, bo liście puszczają wręcz konkursowe i niespotykanie wielkie,Nie można tego złożyć na karb przenawożenia, bo od jesieni nawóz, jakiś zupełnie zwyczajny zastosowałam aż 1 raz ;) Mimo to wiele roślin puszcza przepiękne giganty jakich dotąd nie widziałam u nich. Może to dlatego że słońce nie operuje ostro na wschodniej wystawie, ale bez mrozów temperatury są w nocy dość wysokie a w dzień wręcz bliskie tropikom-po 30C nawet z włączonym wentylatorem. 
                             
                                                                              H.parasitica LaoB

                                                                                   H.meredithii

                    Zbliżają się święta, więc nie może zabraknąć domowych wędlin.Może nie wyglądają tak cukierkowo-plastikowo jak te z książeczek i internetu ale są smaczniejsze :) W ubiegłym roku wypróbowałam wiele przepisów z publikacji traktujących o domowej produkcji wędlin i trzymając się ściśle przepisów wisiałam wiele dni przy wędzarce, otrzymując w efekcie produkt chyba zbliżony do słynnych szynek dojrzewających..No bez wątpienia wisieć mógł bardzo bardzo długo nie psując się, ale ja nie lubię surowego wędzonego(a raczej obsuszonego) zimnym dymem mięsa ;)
Innym razem, trzymając się twardo proporcji uzyskałam kiełbasy które były niezwykle wręcz wydajne!
A to z tego powodu, że aby je spożyć trzeba było to zapić solidną ilością wódeczki, a tego jak wiadomo codziennie robić się nie da bo wątroba nie wytrzyma, a co za tym idzie kiełbasa długo pozostawała niezjedzona...

                                                     
   
W końcu stosując złoty środek i odkładając na bok mądre księgi i strony internetowe, trzeba było wypracować metodę marynowania, parzenia, wędzenia pod własny gust i smak :) Jeszcze kilka razy i będzie perfect.

 
A na koniec dzisiejszego wpisu piękna H.kerrii permanent yellow  która nie zielenieje z wiekiem, listki ma mniejsze i grubsze niż variegata i niestety też wolniej rośnie. Ale czy nie jest piękna?
 
 

5 grudnia 2014

Wax melon, woskowy melon zimowy -czyli testujemy egzotyczne warzywa.

Zaniedbałam blog więc w ramach pokuty wezmę dzisiaj na klawiaturę mocno obszerny temat azjatyckiego melona woskowego.
Lubię warzywa i martwi mnie, że tak niewiele egzotycznych "bulw" (a i owoców) dociera do nas-w porównaniu choćby z zachodnimi sąsiadami. Próbuję więc sprowadzać nasiona, testować w warunkach wschodniej Polski i jeśli się sprawdzą-zbierać nasiona w celu popularyzacji rośliny i wzbogacania naszych stołów.
 
Melon chiński, wax gourd, melon woskowy, biały melon ogórkowy, Benincasa hispida (Thunb.)
Roślina dyniowata uprawiana od setek lat w Azji jako warzywo.
Jest jednym z najczęściej uprawianych w Chinach,na Filipinach, w Indiach, Pakistanie,Wietnamie itd...U nas całkiem chyba nie znany. Zaliczany jest do grupy melonów zimowych wraz z muskmelon, casaba  czy honeydew.
Dojrzałe można przechowywać do 12 miesięcy.
 
Zakupiłam więc 2 rodzaje tego melona- jeden o owocach mniejszych bardziej okrągłych, drugi większych i dłuższych.
Tanie nie były, ale dobrze zrobiłam bo okazało się, że w środku jest po 5 nasionek. Melony co prawda nawet nie najgorzej wykiełkowały ale z braku miejsca musiałam posadzić je w gruncie (mimo zaleceń uprawy w max.wysokich temperaturach czyli u nas wiadomo- w szklarni...) No i część sadzonek padło szybko w mojej ciężkiej, gliniastej ziemi, zwł. że wiosna rozpieszczała nas takimi ulewami że nasiona marchwi pospływały z redlin i wyrosły w sąsiednich ziemniakach ;)
Przeżyły 2 krzaki benincasa, więc chuchałam na nie i nie pozwoliłam sobie na spróbowanie owoców w młodym wieku, chcąc bezwzględnie zebrać nasiona. A owoce zawiązały się 3- 2 na mniejszym i 1 na wielkoowocowym.
 
Kwiaty są żółte,mięsiste, bardzo ładne.
 
 
Prowadziłam je przy konstrukcji pionowo. Nie rosną jakieś wybitnie długie- w gruncie pędy nie przekroczyły 2m i nie rozgałęziały się.
Młode owoce są włochate-pokryte gęsto miękką szczeciną- takie owoce są słodkie i orzeźwiające-podobno-bo w tym roku nie pozwoliłam sobie na zjedzenie baby-melona ;)

 
Melony dojrzałe tracą słodycz ale są bardzo, bardzo zdrowe-o czym nieco póżniej.
W gruncie dojrzewającym melonom było za zimno toteż były.. no..zielone ;) W utrzymujące się upały pojawiał się na nich niebieskawy nalot, stąd wnioskuję, że uprawiane w tych upalnych regionach są niebieskie,pokryte woskiem od którego jest ich nazwa potoczna.
Melony zdjęłam w pażdzierniku-pogoda pozwalała im długo spokojnie wisieć..
Taki kolor miała skórka.
 
 
Nie czepiały się ich żadne mszyce, ani inne robaczki, mogą sobie w pełni ekologicznie rosnąć.
Nie znając ich "podatności na gnicie", jednego melona ustawiłam w domu- w bardzo ciepłym miejscu (zobaczymy czy będzie jeszcze jakoś dojrzewał), największego położyłam w ganku, w chłodzie (teraz to wręcz zimnie ;) ) a trzeciego postanowiłam natychmiast pokroić i spróbować coś z niego upitrasić nie mając przepisów tylko mętne wiadomości co "tambylcy" z tego robią.
 
A co robią>?
 
Tak jak napisałam wyżej w Chinach jedzą młode,słodkawe owoce jako orzeźwiające.
Owoce dorosłe mają bardzo dużo białka, węglowodanów, karotenu, witamin, wapnia, żelaza, potasu i mało sodu.
Są więc niezwykle wartościowe, choć tracą smak. Zapach dorosłego owocu przypomina raczej mocno wyrośniętego ogórka (takiego co już nasiona zawiązał ;) ) a smak na surowo nie jest dobry.No da się zjeść, ale to zdecydowanie warzywo do obróbki termicznej.
 
W kuchni wietnamskiej  tradycyjnie używa się go jako dodatek do gulaszu, zup i żeberek wieprzowych.
W Chinach także tradycyjnie je się go z wieprzowiną, oraz robi pożywną zupę gotowaną na kościach.Powszechnie podaje się go na chiński Nowy Rok kandyzowany, jest też nadzieniem do ciasta i nadzieniem do chińskich i tajwańskich mooncakes- ciasteczek księżycowych na Festiwal Księżyca
Na Filipinach nazywa się on kundol (kondol). Je się go kandyzowany,robi ciasto Hopi, pikantne zupy (sabaw) i guisado(pod tą nazwą znajdziecie z reg różnego typu gulasze z drobiu).
W Północnych Indiach i Pakistanie je się go jak warzywo (gotowane, duszone,zapiekane) i robi cukierki petha.
W Południowych Indiach dodaje się go do curry. Czasem robi się z niego owocowy napój słodzony karmelizowanym cukrem-napój ten w Azji południowo wschodniej bywa nazywany herbatą z melona zimowego.
W Indiach spożywa się też wąsy, pędy i liście na zielono. Są one tradycyjnym dodatkiem do twarogu i maślanki.
 
Owoce działają leczniczo!
W Chinach używa się ich wspomagająco w chorobach serca, nadciśnieniu, marskości wątroby i moczopędnie.
W medycynie ajurwedyjskiej uważany jest za warzywo zwiększające apetyt, a świeży sok jest używany do leczenia kamieni nerkowych. Nasiona gotowane w mleku mają zwiększać ilość spermy i ruchliwość plemników.
Zupa z benincasy w Wietnamie jest stosowana jako sprawdzony środek mlekopędny dla kobiet karmiących.
 
 
 
Po tym kulinarno-medycznym spacerku po całkiem sporym kawałku świata wróćmy do mojego ogródka.
Owoce które dojrzały nie są zbyt soczyste-konsystencja nie przypomina zbytnio melona, raczej właśnie ogórek choć sam rozmiar owocu jest jak najbardziej "arbuzowaty" ;) Miąższ jest trochę jakby gąbczasty, nasiona dość trudno wydobywają się z mocno trzymającej je "pianki". Są jasne, nieduże.
Skórka u mnie jeszcze nie zdrewniała więc łatwo dała się odkroić z plastrów. Na początek zrobiłam taką chińską zupę na kościach z melonem, marchewką i kurkumą, ale pozostałymi przyprawami zdecydowanie polskimi-jak do rosołu ;) Wyszedł dość tłusty i mocno sycący bulion-bardzo smaczny. Melon wyrażnie przejmuje smak przypraw czy dodatków z którymi się gotuje, toteż przestało mnie dziwić używanie go i do pikantnych zup i do ciastek.
 
 
Melon postawiony w kuchni, w cieple dość szybko zaczął z zielonego robić się szaro-niebieski... Nie dotykałam go czekając na efekt i tak dostał sobie spokojnie do grudnia-czyli do teraz ;)
 
 
Fascynująca roślina. Najwyraźniej "wosk" został przez owoc wytworzony- prawdopodobnie żeby chronić całość przed wysychaniem (co tłumaczyło by powstawanie "wosku" tylko przy wysokiej temp.)
 
Dziwicie się może czemu wosk piszę w cudzysłowiu?
Bo to nie jest wosk a proszek! Jak mąka ziemniaczana,mięciuteńki, delikatny pył który można zetrzeć byle dotknięciem.
 
 
To naprawdę wspaniała zdolność (czy jak to nazwać) ochrony samego siebie przez owoc.
Oczywiście przed pokrojeniem owoc myjemy z pyłu.
 
 
Myślę, że jest to warzywo które naprawdę warto uprawiać i wprowadzić do naszego jadłospisu ze wzg. na to, że jest tak wartościowy i zdrowy a zimą świeże warzywa które mamy do dyspozycji często tylko "wyglądają", ale nic więcej nie wnoszą dla naszego zdrowia (no może trochę chemii i oprysków oraz hormonalnych stymulantów).
 
Z kolejnego melona zrobiłam kilka wersji gulaszu- wybaczcie, ze nie będą to zdjęcia jakości stylizowanych godzinami fotkek z blogów kulinarnych ;) ale uwierzcie na słowo, że benincasa rewelacyjnie łączy się z mięsami. Nawet przy bardzo długim duszeniu kostki warzywa pozostają nierozgotowane, mają swoją wyrazistą choć miękką konsystencję i nie rozłażą się jak np.zbyt długo duszona cukinia.
 
 
U mnie wax gourd będzie stałym warzywem w ogródku, a w przyszłym sezonie spróbuję uprawy pod folią.
 
Jeśli chcesz posadzić tego melona, zrób w kwietniu (15-25) rozsadę w pojedynczych kubeczkach.
Jak wiadomo wszelkie melony, ogórki itp. nie znoszą przesadzania, ale od lat "obchodzimy" to siejąc po 1 nasionku w doniczkę i potem delikatnie wybijając siewkę razem z całą bryłą korzeniową i sadzimy-zagłębiając aż po pierwsze liście w ziemi w ogrodzie.
Arbuzy, melony, dynie itp. bardzo szybko rosną i równie łatwo się wyciągają przy niedoborach światła (a te na parapecie są zawsze!) dlatego nie szalejcie z wczesnym siewem rozsady, bo zbyt duża w momencie wysadzania (pamiętajmy-w gruncie to dopiero druga połowa maja!) zwyczajnie bardzo żle się aklimatyzuje i zanim podejmie wzrost i tak swoje odstoi chorując. Idealna ma 3 max 5 liści.
Wybierz dla melona miejsce słoneczne, zaciszne, z dobrze nawiezioną ziemią (najlepiej obornikiem), przepuszczalną. Przywiązuj rosnącą roślinkę do solidnej tyczki i dużo podlewaj. Wszystkie melony potrzebują masę wody, jeśli mają wytworzyć ładne owoce.
Mam nadzieję, że to wartościowe warzywo powoli zagości i na naszych stołach.Warto :)
 

5 listopada 2014

Hoya calycina i puchata słodka chałka na kolację

Dzisiaj dzień jak z bajki -słoneczny i ciepły więc wybrałam na jego bohaterkę hoję calycina. Bardzo ją lubię za duże, mięciuteńkie liście pokryte grubo futerkiem i piękne kwiaty-duże, pachnące słodko. W realu o wiele piękniejsze niż na zdjęciu.

Skromne kwitnienie ale i tak cieszy, bo przez 2 lata nie mogłam się z nią dogadać. Wcześniej miałam dużą, kwitnącą roślinę, rosnącą bezproblemowo, a póżniej coś się w relacjach między nami popsuło ;)
Jednak jest to jedna z moich ulubienic, zaparłam się na nią, no i udało się. Dziś rosną 2 gęste rośliny-jedna młodziutka z sadzonek, druga już całkiem duża i krzewiąca się na wszystkie strony. Dla porównania postanowiłam jedną uprawiać w hydro, druga-ta większa jest w ziemi.

 
Hoja ta wymaga zdecydowanie przesuszenia podłoża pomiędzy podlaniami-nie znosi zalewania, co jest często przyczyną nagłych zgonów. Do kwitnienia potrzebuje zimą chłodniejszego spoczynku w bardzo jasnym miejscu. Moja po okresie chłodów jesienią-kiedy to nie ogrzewam jeszcze szklarni, zakwitała już w początkach marca. W tym roku mam dużo pendulców więc liczę że kolejne kwitnienia będą bardziej spektakularne :)

A dla nie-roślinkowych odwiedzających polecam puszystą, lekko słodka chałkę. Prostą w wykonaniu i pyszną z masełkiem :) Jest miękka minimum 2-3 dni przechowywana w woreczku, ale oczywiście najlepsza jest w dniu upieczenia-byle nie za gorąca-bo będzie bolał brzuszek ;)
 Jeśli chcecie, żeby miała bardziej "wysoki" kształt musicie włożyć gotową do ostatniego wyrośnięcia w długą blaszkę. Moja piekła się naturalnie- więc  ciasto rosnąc intensywnie "rozpłynęło się" trochę na boki. Smaku jej to nie ujmuje, ale estetów może razić ;) 
\Wbrew pozorom wcale nie jest to specjalnie pracochłonne ciasto- w końcu jak ciasto sobie rośnie to nie ma konieczności stania nad nim i odprawiania zaklęć ;)

*ps. Przepisy które wam prezentuję w blogu, są recepturami które robię od wielu, wielu lat w domu, nie pochodzą z żadnych cudzych blogów czy stron, choć nie można wykluczyć, że taki sam przepis ktoś inny też gdzieś robi i opublikuje :)

                                                                       PROSTA SŁODKA CHAŁKA

500g mąki
50g drożdży świeżych (lub odpowiednik ilościowy suszonych)
łyżeczka smalcu
2 łyżki masła
2 łyżki kwaśnej śmietany
6 łyżek cukru (nie jest bardzo słodka)
2 jaja
szklanka wody
szczypta soli

Robimy w kubeczku rozczyn z drożdży z lekko ciepłą wodą-pół szklanki+ łyżeczka mąki i łyżeczka cukru. Odstawiamy w ciepłe miejsce żeby drożdże podrosły.
Podgrzewamy do rozpuszczenia w kubeczku masło i smalec i zostawiamy do ostygnięcia.
W misce przesiewamy przez sitko mąkę, dodajemy jaja, śmietanę i cukier, sól i wyrośnięte drożdże, resztę wody. Dobrze wyrabiamy ciasto (jeśli było byłoby zbyt lużne dodajemy trochę mąki, jeśli za gęste nieco wody). Ma być lekkie, elastyczne, nie zbite.  Dodajemy przestudzone, roztopione tłuszcze i wyrabiamy dalej aż w cieście pojawią się pęcherzyki powietrza, a ono samo nie klei się do rąk. ( * ciasta drożdżowe żle wyrobione poznajemy łatwo już po upieczeniu po tym-że mają duże dziury w strukturze ciasta zamiast jednolitej, drobnej siateczki zapieczonych pęcherzyków)

Ciasto w misce przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość).
Kiedy to już nastąpi, przebijamy ciasto pięścią spuszczając nagromadzony gaz i ponownie wyrabiamy krótko.
Dzielimy ciasto na 3 części, formujemy z nich wałeczki i splatamy je w warkocz. Dłońmi formujemy gotową chałkę- najczęściej wymaga ona "skrócenia" żeby po splataniu nabrała ładnego zwartego kształtu.
Gotową układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i pozostawiamy do wyrośnięcia.

Rozgrzewamy piekarnik, chałkę smarujemy roztrzepanym z odrobiną wody jajem i posypujemy- co kto lubi- makiem lub sezamem lub kruszonką.
Ponieważ dla mnie chałka odwiecznie w myślach ma na sobie kruszonkę więc innej opcji nie robię ;)
Pieczemy na złoty kolor sprawdzając patyczkiem czy w środku jest sucha. Piecze się szybko i uważajcie, żeby jej nie przypiec- nic dla mnie nie traci tak na smaku jak przypalone drożdżowe ciasto... Już moje wczorajsze jest za ciemne, ale za bardzo zaabsorbowało mnie robienie papryczek indonezyjskich w słoiczki ;) No ale o tym już kiedy indziej....




30 października 2014

Koniec sezonu pastwiskowego i egzotyczna nalewka

 Koniec października kojarzy mi się ze szronem na trawie, porannymi mgłami, dywanami szeleszczących liści pod nogami i coraz rzadszym korzystaniem koni z pastwiska.
Jeszcze skubią coś na łąkach, wydłubują spośród starych traw jakieś zioła, ale zawołane chętnie przybiegają do bramki, żeby w stajni "dopchnąć" brzuchy sianem i owsem.

 
Wykopałam już buraczki dla moich sierściuchów,wyjątkowo dorodne w tym roku marchewki, silos pod dach pełen owsa,a i siana nie zabraknie. Możemy ze spokojem czekać na zimę.


Konie porastają futrem umiarkowanie, więc nie do końca wierzę starym góralom w to nadejście wielkich mrozów, ale u nas na wschodzie zimy mimo wszystko są jeszcze zimami. Czasami tylko przez chwilę, ale zawsze znajdzie się dość śniegu na sannę i takie miejsca, gdzie zaspy leżą nawiane wyżej dachu samochodu.
 Ale zanim rozpalimy ogień w kominku i usiądziemy z książką i szklanicą syconego miodu z korzeniami powspominajmy jeszcze chwilę lato i dokończmy ogrodowe prace.

 
Zamieszkanie na wsi niestety ma mniej sielskich momentów niż sobie człowiek wyobrażał, za to ma jakąś przedziwną tendencję do mnożenia się roboty. Ciągle jest coś nie zrobione, coś na już i na wczoraj, a doba zdaje się kurczyć. Toteż nie dziwi mnie gdy ktoś do północy kopie buraki, przy światłach orze pole, bo praca rolnika wcale nie jest wdzięczna, lekka, mega opłacalna dzięki dopłatom z UE jak to się słyszy. No przynajmniej przeciętnego rolnika, bo taki,co ma 500ha to już farmer i biznesmen, ale w moim regionie takich nie ma.
Pogoda nas rozpieszcza więc powinnam zdążyć i ze znoszeniem roślin i z orkami.
A na razie remontujemy taras, bo wejście do domu zaczęło przypominać górski szlak.Co nawiasem mówiąc miało ten zdecydowany plus, że kolega ze zdjęcia poniżej przestał mi wchodzić do domu-kiedy tylko zostawiłam otwarte drzwi do ganku ;)
 


Jak już zmarzniecie na spacerze z psem czy też w czasie wizyty na cmentarzu, nastawcie sobie świetną egzotyczną nalewkę-będzie jak znalazł na kolejny jesienny sezon (bo na ten zakładam, że posiadacie coś już dostatecznie dojrzałego w barku :) )

                                                                                  Nalewka egzotyczna
Składniki

100g suszonych fig
100g suszonych moreli
50g daktyli
20g rodzynek
50g ceratonii-chleba świętojańskiego(całe lub kruszone strąki-ale nie mielony!)
2 ładne laski wanilii
2 pomarańcze
1 cytryna
można dodać laskę cynamonu, a ilość owoców świeżych zmodyfikować wg. własnego upodobania.
1litr spirytusu 95% zmieszany z 0,6l przegotowanej zimnej wody.

Owoce suszone należy przelać na sitku wrzątkiem i drobno pokroić. Owoce surowe sparzyć wrzątkiem, otrzeć na wiórki skórkę + wycisnąć sok.
Wszystko zalać w gąsiorku rozcieńczonym spirytusem i odstawić szczelnie zakorkowane w temperaturze pokojowej  na miesiąc. To bardzo ważne bo decyduje o smaku i aromacie nalewki. Codziennie chwilkę potrząsamy gąsiorkiem.
Po miesiącu zlewamy płyn do drugiego gąsiorka i odciskamy dobrze owoce-najpierw na sicie, potem można w sokowirówce odzyskać trochę płynu.

Do nastawu dodajemy teraz syrop z cukru. 400g cukru rozpuszczamy w 600ml wody, dodając gram kwasku cytrynowego lub sok z cytryny i zagotować. Zimny dodajemy do gąsiorka z alkoholem, szczelnie zamykamy i przenosimy do ciemnego, nieco chłodniejszego miejsca na 6 miesięcy minimum! Wszystko co ktoś produkuje w szybszym tempie nie zasługuje na szlachetne miano nalewki, a jest zwykłą wódką smakową-to taką można sobie kupić w sklepie...
My chcemy uzyskać trunek bogaty w smaku,łagodny przy piciu a mimo to mający wielką moc rozgrzewającą i nie szkodzący naszej głowie na drugi dzień ;) Więc pozwalamy mu dojrzewać pół roku.

Jeśli nie macie ciemnego miejsca- owińcie czymś gąsior z nalewką np.folią aluminiową-ciemne miejsce jest bardzo ważne dla klarowności i dojrzewania nalewki...

Po 6 miesiącach zlewamy nalewkę do butelek filtrując ją wcześniej przez papierowe filtry. U mnie po tej czynności butelki z zapisaną datą i nazwą trunku lądują na kolejne pół roku w piwniczce.
Długo? Eeee, wcale :) Bo przecież w tym czasie gotowe są inne- te sprzed roku, 3, 5 lat....

Przepis jest na malutką porcję- wychodzi z niego jakieś 2 litry pięknej bursztynowo-brązowej nalewki o średniej mocy 38 volt ;)  Nalewki podajemy lekko schłodzone, ale nic tak nie grzeje zimą jak wyśmienitej jakości trunek.

                                                                                  Miłej degustacji :)

23 października 2014

Hoya erythrina

Zimno jakoś niemożliwie i wietrznie, wiatr zwija warkocze brązowych liści, wyciska z człowieka wszelką chęć do pracy, a mnie czeka jeszcze znoszenie kilku tysięcy sukulentów na zimowisko. Na samą myśl mi słabo, więc postanowiłam rozpalić w kominku, okryć się kocem, wydobyć kieliszek zacnego, kilkuletniego miodu i pozachwycać się zieleniną.
Zapomnijmy o kolejnej dawce wielu godzin przymusowej aktywności na dworze i popatrzmy na H.erythrina.

To moja największa, kupiona z opisem "big red leaves".Oprócz niej mam jeszcze Kedah Peak, która ma liście dużo dużo węższe i w inny sposób czerwieniejące, bardziej faliste. Trzecią w kolekcji jest erythrina której nikt nie dopisał niczego po nazwie gatunkowej ;) ale która jest podobna w sumie bardzo do Kedah. Ma wyrównane dosyć liście, wąskie, choć krótsze niż u tej ostatniej, ale równie faliste i kilkakrotnie mi już kwitła.A czwartą shirleyowa GPS10143 o lisciach chwilowo najszerszych i zielonych jak szczawik zajęczy mimo stania w szklarni ;) Ale ta długo mi kołkowała więc co z niej wyrośnie dopiero zobaczymy i pokażemy kiedy indziej.
Wróćmy do największej.
U mnie czasami ciężko pokazać urodę rośliny, bo liście nie rosną jak na parapecie-wszystkie gąszczem z jednej strony, tylko w przeróżnych kierunkach. Niemniej to piękna hoja. Wszystkie formy przekładałam z podłoża do keramzytu w pierwszej fazie zafascynowania hydro.Duża trochę to odchorowała, ale pozbierała się.
Jest ciekawa w swojej różnorodności kształtów liści-od takich dość średnich i falistych, po naprawdę wielkie, płaskie i ciapate.....
 To właśnie taki wielkolud(liść?) bite 16cm blaszki bez ogonka......
A poniżej inny-nerwowy,wąski. Pokazuję oczywiście liście dorosłe.

 
I taki jeszcze-coś pomiędzy poprzednimi...
 
Hoja pochodzi z Malezji, ponieważ opisywana jest jako rosnąca nad brzegami rzek wnioskuję że miła była by jej większa wilgotność powietrza. U mnie znosi nieżle przesuszanie i ostre słońce latem-ale uważam, że oprócz ładnego wybarwiania liści nie jest to to, co kocha.
Dlaczego? Dlatego, że co prawda powtarza mi latem kwitnienie 2-3 razy (teoretycznie kwitnie pod koniec naszej zimy-wiosną o ile ma dość światła), ale prawie mi nie rośnie. Przyrosty mam zimą/na przedwiośniu i to jeśli już się zdecyduje to bardzo szybko buduje cały pęd.
Roślina lubi podłoże lekko kwaśne do obojętnego, czyli u mnie sprowadza się to do tego, że nie dosypuję jej wapiennego żwirku.
Takie intensywne kolory są na początku lata...
 
Kwiaty nieduże, żółte, włochate, bardzo ładne i dość długo się utrzymujące, bo z reg. około 5 dni mi wisiały, co w porównaniu z takimi "dziś się otwieram, jutro już mnie nie ma i zapomnij o fotce" wydaje się być całkiem sensownym czasem na zrobienie zdjęcia :)
 
 
To wiosenny baldaszek na młodszej roślince.
 
 
                                                                         Prawda, że pięknie słoneczne? 

6 października 2014

Kasztany jadalne

Chłodne noce i słoneczne dni "zaowocowały" pękaniem skorupek kasztanów jadalnych i rozpoczęły moje zbiory. W tym roku będą wyjątkowo udane, mimo deszczowej wiosny drzewka zapyliły się bardzo dobrze i zrzuciły niewiele pustych skorup.
Mieszkam na wschodzie kraju, a mimo to kasztany dobrze rosną -o ile można to powiedzieć o roślinach z takim powolnym wzrostem ;) Nigdy ich nie okrywałam i radzą sobie w dosyć wietrznym miejscu.Tylko raz jednemu z drzewek lekko podmarzła korona. Owocować zaczęły mniej więcej w wieku 8lat (sadziłam 20cm maluszki).
Jedyne co uważam za minus to grabienie ich sztywnych liści których są olbrzymie ilości, a rozkładają się fatalnie(podobnie jak dębowe), oraz ich kwitnienie..... Kwitną niezwykle długo i niezwykle obficie a kwiaty śmierdzą straszliwie- jakby brudną,gnijącą szmatą... Lepiej więc nie sadzić drzewka tuż przy tarasie ;)
 
 
 
Co prawda wieść gminna niesie, że najlepsze kasztany są na placu Pigalle, ale ja uważam, że moje też są wyborne. Pieczone, gorące, słodkie -wspaniała przekąska na chłodny jesienny wieczór, a jeśli ktoś ma ochotę się pobawić w obieranie skorupek to polecam farsz z kasztanów do drobiu. Tylko jeśli kupujecie je w markecie, dokładnie oglądajcie-świeże powinny mieć błyszczącą skórkę.Wnętrze zaś ma być biało-kremowe pulchne, a nie żółte i uschłe.

 Kasztany pieczone
Możemy namoczyć kasztany przed pieczeniem kilka minut w wodzie-ale nie jest to konieczne-zwł.przy naprawdę świeżych. Nacinamy lekko łupinkę, układamy na blasze i pieczemy w piekarniku ok 15min. uważając żeby nie przypalić ich.
Uwaga-nie wkładamy kasztanów do mikrofalówki- wybuchną ..

Nadzienie z kasztanów do drobiu -zwł. indyka

Kasztany obrać z łupiny.Następnie zagotować w wodzie-która zrobi się brunatna już po krótkim gotowaniu. Wtedy odlewamy ją, a kasztany gotujemy w nowej wodzie z dodatkiem soli i kminku aż będą miękkie a ich brązował skóreczka będzie ładnie odchodzić (trzeba ją zdjąć). Następnie miksujemy je, lekko podduszamy w garnuszku lub patelni na maśle z dodatkiem cukru i odrobiny rosołu. Takim wykwintnym farszem nadziewamy drób. Oczywiście można go jeszcze do smaku inaczej doprawić ale zawsze ma być słodkawy.

Znalazłam też stary przepis na Tort kasztanowy najpierw muszę go wypróbować. Dam znać co z tego wyszło.